Y-in-circle, znak 2nd Bomb Group, 15th Air ForceTen drugi amerykański bombowiec nad Łodzią, czyli historia załogi porucznika Collensa

Michał Mucha


Ponad 10 lat temu "Skrzydlata Polska" opublikowała wspomnienia mieszkańca Łodzi, który był naocznym świadkiem zestrzelenia przez radzieckie Jaki amerykańskiego bombowca. Pragnę uzupełnić tę historię o kilka nowych faktów.

15 marca 1945 roku z włoskiej bazy Amendola wystartowały Latające Fortece z 2nd Bomb Group należącej do 15th Air Force. Ich celem miała być niemiecka rafineria w Ruhland, na północ od Drezna. Gruba warstwa chmur nad Ruhland oraz problemy z radarem zmusiły 2nd Bomb Group do odwrotu i lotu do celu zapasowego, czyli nad Kolin w Czechach. Wśród prawie czterdziestu bombowców tej Grupy wysłanych nad Ruhland znajdował się samolot należący do 96th Bomb Squadron, który nosił numer seryjny 44-6443. Jego załogę stanowili tego dnia:

1st Lt. John W. Collens III - pilot,
2nd Lt. Harry R. Maginnis - drugi pilot ,
2nd Lt. Emilio J. SanJaume - nawigator,
S/Sgt Richard D. Bradley - "guzikowy",
T/Sgt Herman E. Coones - mechanik pokładowy/górny strzelec,
T/Sgt Richard V. Beauchamp - radiooperator,
S/Sgt William T. Prescott - dolny strzelec,
S/Sgt Richard J. Shepard - boczny strzelec,
S/Sgt Robert J. Bair - boczny strzelec,
S/Sgt Jesus C. Briseno - tylny strzelec.

Drugi pilot oraz nawigator nie byli stałymi członkami załogi porucznika Collensa i lecieli z nią po raz pierwszy. Pozostali mieli za sobą już 24 loty nad Niemcy, Austrię, Włochy, Czechy i Polskę.

Wysyłając w powietrze kilkadziesiąt samolotów należało liczyć się z tym, iż przynajmniej jeden z nich będzie miał jakąś poważniejszą awarię i będzie musiał zawrócić z drogi do celu. Amerykanie mieli na to sposób - wysyłali razem z wyprawą kilka maszyn rezerwowych. 15 marca 1945 roku Latająca Forteca numer 44-6443 była rezerwową. Nad północnymi Włochami jeden z bombowców 20th Bomb Squadron opuścił formację. Jego miejsce zajęła Forteca porucznika Collensa.


B-17G Flying Fortress s/n 44-6443 [14 kB]

Boeing B-17G-50-DL "Flying Fortress" numer seryjny 44-6443 podczas przeglądu silnika numer 3. Na nosie samolotu 66 bombek oznaczających wykonane loty bojowe. Na dalszym planie brytyjskie bombowce "Halifax". Zdjęcie zrobione zostało we włoskiej bazie Amendola. Załoga porucznika Collensa często używała tego samolotu.
(zdjęcie: archiwum Richarda J. Sheparda via Michał Mucha)


Wyprawa znajdowała się na ostatnim odcinku trasy prowadzącym prosto do rafinerii w Ruhland, kiedy nagle pojedyncza salwa artylerii przeciwlotniczej przeszła przez jeden ze zbiorników paliwa. Na szczęście nie wybuchła, ale spowodowała wyciek paliwa, który stawiał pod znakiem zapytania powrót do macierzystej bazy. Któraś z następnych salw trafiła silnik numer 4, a łopaty śmigła odpadły od niego, kiedy pękł uszkodzony wał silnika. W chwilę później inny pocisk uszkodził silnik numer 2 zrywając z niego osłonę. Samolot był podziurawiony jak sito. Odłamki pocisków zniszczyły radiostację oraz instalację tlenową w tylnej części bombowca. Jakiś rykoszet zranił lekko w czoło dolnego strzelca - sierżanta Prescotta. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności reszta załogi nie odniosła żadnych ran.

Forteca pozbawiona dwóch silników i obciążona bombami zaczęła spadać jak kamień. Szybkie pozbycie się ładunku pozwoliło wyrównać lot na wysokości 10000 stóp (ok. 3000 metrów). Wtedy pilot obrał kurs 100 stopni, aby omijając od południa Wrocław dolecieć do Łodzi. Po dwóch godzinach B-17G numer 44-6443 dotarła do celu. John Collens zaczął krążyć nad miastem usiłując znaleźć lotnisko, o którym poinformowano go podczas odprawy przed lotem. Nagle tuż przed samym nosem bombowca przeleciał radziecki Jak. Amerykanie odpowiedzieli kolorowymi rakietami z pistoletu sygnałowego. Identyfikacja musiała wypaść pozytywnie, skoro więcej nie powtórzyły się pozorowane ataki na uszkodzoną Fortecę i porucznik Collens wylądował bez przeszkód na łódzkim lotnisku. Po wykołowaniu z pasa startowego amerykański samolot został natychmiast otoczony przez liczną grupę radzieckich żołnierzy.

Podczas lotu pęd zimnego powietrza skutecznie tłumił pożar silnika numer 2. Dopiero wtedy, kiedy samolot zatrzymał się, rozgrzany silnik stanął w ogniu. Czerwonoarmiści rzucili się, aby stłumić płomienie. Lecz z braku jakiegokolwiek sprzętu gaśniczego zaczęli obrzucać gondolę silnika mokrą ziemią. Na szczęście mechanik pokładowy - sierżant Coones - wyskoczył z samolotu z ręczną gaśnicą i ugasił pożar.

Opuszczając samolot załoga porucznika Collensa dostrzegła w oddali chmurę czarnego dymu. Wkrótce też przybyła grupa amerykańskich lotników niosących w rękach czasze spadochronów. Okazało się wtedy, że radziecki Jak dosłownie kilkanaście minut wcześniej zestrzelił Liberatora z 8th Air Force, który zamierzał lądować awaryjnie na lotnisku w Łodzi. Niestety, niektórzy członkowie jego załogi zapłacili najwyższą cenę za pomyłkę pilota Wojenno-Wozdusznych Sił. Radzieccy lotnicy tłumaczyli się później, że Niemcy często używali zdobytych amerykańskich samolotów na froncie wschodnim.

Po długim przesłuchaniu i wielu szklankach samogonu załoga B-17G numer 44-6443 została odwieziona do hotelu w centrum miasta. Radzieccy strażnicy bezceremonialnie usunęli część gości hotelowych, aby w ich pokojach zakwaterować zachodnich sojuszników. Uzbrojeni w pepesze żołnierze objęli wartę w hotelowym hallu. Mimo tego Amerykanom udało się ich przechytrzyć i kilku z nich wybrało się na nielegalną wycieczkę po mieście.

18 marca załoga porucznika Collensa przewieziona została bliżej frontu, na polowe lotnisko radzieckie pod Opolem. Nowi gospodarze nie byli przygotowani na taką wizytę i goście musieli spędzić pierwszą noc na słomie w stodole razem z czworonożnym inwentarzem. Następnego dnia mieli okazję przekonać się jak wygląda kąpiel i wymiana bielizny po rosyjsku. Radzieccy lotnicy urządzili łaźnię parową w stodole. Po wyjściu z niej oddawali brudną bieliznę, a w zamian otrzymywali czystą. Amerykanie zaszokowani byli tym, że przy tej samej okazji nie wymieniano także mundurów.

Na czas posiłków załoga Johna Collensa dzielona była na dwie grupy. Oficerowie jadali razem z radzieckimi oficerami, a sierżanci z podoficerami. Oficer polityczny nosił mundur innego koloru niż lotnicy i podczas posiłków jako jedyny rozmawiał z Amerykanami po angielsku. W bazie pod Opolem znajdowało się w tym czasie jeszcze kilka innych załóg USAAF, głównie z 8th Air Force. Był wśród nich pewien major, który po jednej z kolacji zapytał gospodarzy, gdzie mógłby skrócić włosy. Oni natychmiast zabrali gości do pobliskiego miasteczka. Obudziwszy w środku nocy kilku fryzjerów zmusili ich do otwarcia swoich zakładów i ostrzyżenia amerykańskich lotników. Rosjanie, krótkim niet, nie zezwolili Amerykanom, aby zapłacili fryzjerom za usługę.

Załoga porucznika Collensa niemal na każdym kroku spotykała się z Amerykańskim sprzętem pochodzącym z dostaw w ramach Lend-Lease. Jednak dla trzymanych w nieświadomości Rosjan wszystkie te jeepy, ciężarówki i samoloty były produktami radzieckiego przemysłu. Po dwóch dniach pobytu pod Opolem na pokładzie transportowca C-47 zostali odesłani do byłej amerykańskiej bazy w Połtawie na Ukrainie. Radziecki nawigator dbał cały czas o to, aby C-47 leciał tuż nad ziemią. Pasażerowie domyślali się, że ma to uniemożliwić im "szpiegowanie" instalacji wojskowych ich wschodniego sojusznika.

W Połtawie natychmiast wydano im czystą bieliznę i mundury. Stamtąd droga powrotna do Amendola wiodła etapami przez Teheran, Kair, Ateny i Bari. Ponieważ załoga B-17G numer 44-6443 uznana została za zaginioną w akcji, to większość rzeczy osobistych została spakowana i odesłana rodzinom w Stanach Zjednoczonych. To co pozostało podzielili między siebie koledzy z namiotu.

Sierżant Prescott, który został ranny dwa tygodnie wcześniej nad Ruhland nie miał już żadnej rany na czole i lekarz Grupy nie mógł wydać zaświadczenia koniecznego do otrzymania odznaczenia za rany - Purple Heart. Trzeba było aż 46 lat, aby oficjalne czynniki zechciały uznać ten fakt. Podczas zjazdu weteranów 2nd Bomb Group w roku 1991 uroczyście odznaczono Billa Prescotta tym medalem.

Można spotkać się z opinią, że Forteca numer seryjny 44-6443 używana była przez radzieckie lotnictwo dalekiego zasięgu. Generał Collens pewny jest jednak, że tuż po wojnie widział swój bombowiec na pustyni w Kingman w Arizonie, gdzie tysiące niepotrzebnych już samolotów bojowych czekało na zezłomowanie.

15 marca 1945 roku 2nd Bomb Group straciła jeszcze kilka innych samolotów. Załogi dwóch z nich znalazły się także w Polsce. W okolicy Bad Muskau nad Nysą wyskoczyli na spadochronach lotnicy z B-17G numer 44-6671 pod dowództwem 1st Lt. Johna J. Straversa. Część z nich wylądowała zapewne w okolicy Łęknicy, na prawym brzegu rzeki. W Kielcach natomiast wylądowała B-17G numer 44-6674 z załogą 1st Lt. Phillipa Gooda.


Aircraft M.I.A. Project  Autor:
  Michał Mucha




Thanks to Kemp F. Martin and Richard J. Shepard.
Special thanks to General John W. Collens.


Michał Mucha


star&bars


Jeśli posiadasz informacje o jakimkolwiek amerykańskim samolocie, który podczas ostatniej wojny rozbił się lub wylądował przymusowo na terenie Polski, skontaktuj się z autorem tekstu !